Aksamitna nadzieja

2016-08-31

Ciemna, depresyjnie zadymiona piwnica. Pod sufitem grube, obłożone srebrną izolacją rury wentylacyjne i małe metalowe rurki z niewiadomą zawartością tworzą gęstą pajęczynę przypominającą lochy w jakimś industrialnym zamku. Plastikowe, żółte krzesełka i tanie reflektory dające bezbarwne światło jak w undergroundowych klubach muzycznych Nowego Jorku czy San Francisco, gdzie zaczynały swoje kariery późniejsze gwiazdy, nic sobie nie robią z tego, że to tylko zapyziały koniec Nevady. Niedaleko stąd jest Las Vegas, ale to tylko pogarsza sprawę, bo przy płonącym lesie nikt przecież nie zauważa jednej choinkowej lampki migającej gdzieś w tle. Kilkadziesiąt osób, lekki tłok przy obskurnym barze, trochę kiepskich, darmowych przekąsek na stole pod ścianą. Na scenie ledwie naświetlona reflektorem zjawiskowa blondynka w długiej kwiecistej i zwiewnej sukience, w złotych sandałkach, z wielkimi kołami cieniutkich kolczyków muskających jej policzki. Niedbałym gestem odgarnia co chwilę rozpuszczone włosy, na tyle nieznacznie, żeby zdążyły w ciągu kilku sekund wrócić na swoje miejsce i znowu być gotowe do odgarnięcia. Wygląda jakby przyjechała szukać sławy z Oklahomy albo innego nic nie znaczącego miejsca na świecie. Podkład puszczany z komórki podłączonej do trzeszczącego nagłośnienia to zwyczajowe klasyki mające stworzyć możliwość zabłyszczenia skalą głosu i różnorodnością barwy: Eva Cassidy, Norah Jonas i Adele. Widownia w niewielkiej części zainteresowana występem poklepuje co jakiś czas brawo, trochę nie wiadomo komu i dlaczego akurat w tych momentach, najgłośniej wtedy kiedy indiańsko-kowbojsko ubrane kelnerki roznoszą piwo. Głos dziewczyny i tęskne spojrzenie połączone z delikatnym kołysaniem talii zupełnie nie pasują do miejsca, jakby była sama, odgrodzona szklaną ścianą od reszty sali. Zresztą reflektor otaczający ją delikatną poświatą świeci jej prosto w oczy, więc pewnie dokładnie tak się czuje - nikogo nie widzi, nikogo poza sobą nie słyszy, rozmawia z własnymi tęsknotami. 

Siedzę totalnie zauroczony i pochłonięty. Prawdopodobnie właśnie po raz sto czterdziesty dziewiąty się zakochałem. W jej duszy. Takiej tęsknoty, takiej samotności, takiej aksamitnej beznadziei już dawno nie widziałem. Mam wrażenie, że czas nie płynie, że świat za metalowymi, odrapanymi drzwiami wchłonął się w monstrualną czarną dziurę i poza tą piwnicą nic już nie istnieje, wyjście jest tylko w nicość, w pustkę i ciemność. Ale to nic nie szkodzi, bo tutaj jest wszystko. Jest ona. I jej głos. I odgarniane włosy. I przewlekła, nieuleczalna samotność. Boże. 

Kiedy kończy śpiewać i siada pod odrapaną ścianą czekając na kopertę od właściciela, który w końcu podchodzi z jakimś brudnym kieliszkiem wypełnionym dziwnym kleistym płynem udającym drinka, ruszam na ratunek. Rozmawiamy do 4 rano. Choć trwa to zaledwie 4 i pół godziny, wydaje mi się, że rozmawiamy wieczność. A na pewno tam się kiedyś znów spotkamy. 

Czemu w ogóle się znalazłem w tej piwnicy? Bo na plakacie wiszącym na drzwiach klubu było wypisane jej imię. Miała na imię Martyna i była z Bieszczad.