Blizny

2016-03-17

Cały w bliznach. Idę jasno oświetloną łódzką nocną ulicą. Jest za piętnaście druga. W nocy, w samym jej czarnym środku. Odrapane budynki patrzą na mnie drwiąco pustymi oczodołami powybijanych okien. Jakby dostały w gębę i nie mogły zdobyć się na przebaczenie, więc drwią ze wszystkiego i wszystkich wokół. Ze mnie szczególnie.  Wracam z manufakturowego kina, gdzie oglądałem trzecią część Niezgodnej: Wierna. Wiem, wiem, zwykły amerykański blockbuster dla nastolatków. Pusty, wyładowany efektami film o niczym, głupia rozrywka dla popkulturowego bezmyślnego społeczeństwa. Uwielbiam takie filmy. Serio. Pasjami. Wszystko w nich jest o mnie. 

W mojej krwi krąży siedem dużych i średnich kofeinowych kubków, które dzisiaj wypiłem. Podbity do granic możliwości puls wyciska na mojej skórze wszystkie blizny. Próbują przebić się przez skórę, chcą się wydostać, uwolnić, uciec. Nie pozwalam, trzymam je mocno, brutalnie wciskam z powrotem pod skórę. Wstydzę się ich przecież. W moich uszach tętni skandynawski, niezwykły głos Tove Lo, która napisała do tego filmu kawałek Scars. Cały ten film jest o bliznach, lepiej nie dało się tego opisać. Zagłada świata, która nieuchronnie musi nastąpić, a w tym filmie już nastąpiła, swoje źródło ma właśnie w chowaniu blizn, w udawaniu, że ich nie ma. Cały świat próbuje przecież zakryć wszystkie skazy i ułomności, które nas szpecą. Cała kultura i filozofia życia naszego czasu jest jednym, wielkim zakładem plastycznej chirurgii dusz i ciał, który próbuje wyprodukować człowieka nieskazitelnego, wolnego od cierpienia, nie posiadającego ran przeszłości, doskonałego i idealnie proporcjonalnego, który ze wszystkim sobie radzi. Wstydzimy się ran, blizn i krzywd. A przecież one są największą naszą siłą. Wyjawianie ich i pozwolenie, aby ktoś je zobaczył, ucałował, przyjął i pokochał jest drogą, jedyną, do szczęścia i radości. Od razu mam przed oczami Chrystusa zmartwychwstałego, który spotykając się ze swoimi uczniami pokazuje im swoje rany, to po nich rozpoznaje Go Tomasz. Miejsca, w których były wbite gwoździe i włócznia nie zniknęły, nie zostały cudownie wypełnione mocą zmartwychwstania. Jezus będzie je nosił do końca wieczności, czyli zawsze. One nigdy nie znikną, w nich jest zdrowie ludzkości. 

Wiem to wszystko, ale i tak wciskam swoje blizny z powrotem pod skórę. Nie chcę, żeby szczerbate okna ulicy Gdańskiej patrzyły na nie, bo wiem, że będą się śmiać i drwić.  Jak cały świat. Więc wciskam z całych sił. Aż do krwi, aż pojawią się nowe. Żeby nikt nie zobaczył. Tylko po co?