Co za miasto!

2016-09-22

Na pół godziny w Łodzi. W najpiękniejszym i najbrzydszym jednocześnie mieście jakie istnieje. Ulica Wschodnia, czyli kwintesencja łódzkiej biedy i zaniedbania. Jedna z najfajniejszych ulic świata.

Jakiś piętnastoletni chłopak siedzi na ławce ze swoją piętnastoletnią dziewczyną, jej  goła noga między żółtą skarpetką a nieznośnie krótkimi szortami leży na jego udach, a on zawiązuje jej czerwone w żółte kropki sznurowadła różowej tenisówki. Miłość pełną gębą. 

Brudnym chodnikiem, przy odrapanej kamienicy idzie elegancka kobieta, koło trzydziestki, bardzo dobrze skrojona z jej świetną figurą garsonka, czarne pończochy, wysokie, bardzo gustowne szpilki, nienagannie uczesane ciemne włosy, delikatny aż w sam raz makijaż. Poważna, pachnąca poważnymi projektami aktówka. Nijak nie pasuje do okolicy, aż do momentu kiedy podchodzi do zdezelowanego cinquecento, w kawowym kolorze, ze zbitym prawym lusterkiem, zaklejonym białą taśmą wsiada do niego i odjeżdża. Co za styl!

Obskurna brama z metalową poplamioną farbą i wymiocinami furtką. Dwóch miejscowych, na ucho dwudziestoletnich władców dzielnicy, z otwartymi piwami w rękach, na lekkim rauszu kilkanaście razy przepuszcza się przez wejście. Żaden nie chce wejść pierwszy, obaj chcą okazać uprzejmość. Pełna kultura.  

Idąca chodnikiem para, która znika za rogiem. W oczach zostają mi tylko jej dżinsowe spodenki, z których tylnej kieszeni wystaje portfel czy raczej portmonetka o długości jakichś trzydziestu pięciu centymetrów, sięgająca jej prawie do połowy pleców. Wolność i bezpieczeństwo bez granic. 

Wysoka, bardzo słusznej postury blondynka, na bardzo wysokich obcasach, koturnach wręcz, z dwiema siatkami z biedronki wypchanymi po brzegi i biustem, którego rozmiaru prawdopodobnie jeszcze nie wymyślono. Okoliczni, siedzący na murkach i przechodzący mieszkańcy płci odmiennej, choć nie tylko, tracą zainteresowanie trzymanym w rękach alkoholem. To jest umiejętność skupienia uwagi na sobie. 

I na koniec zwiewna ognisto ruda dwudziestoletnia piękność z burzą piegów szalejącą na buzi, w kwiecistej sukience z muślinu chyba, w delikatnych, ażurowych sandałkach, wyprowadzająca budzącego grozę psa, o bliżej nieokreślonej rasie, coś między buldogiem a wilkiem, z obrożą najeżoną kolcami, któremu ze ślepiów wyziera głód mordu. I wszyscy mijani mieszkańcy o szerokości bicepsa nie mniejszej niż 120 centymetrów i dziarach żłobionych tępym nożem, kłaniają jej się w pas, z nieśmiałymi uśmiechami. Po chwili znika w przepaściach jakiejś złowrogiej bramy. Królowa.

To jest najlepsze miasto na świecie.