Dla tych, co w grobie

2016-03-26

Dla tych, co ciągle w grobie. 

To chyba najtrudniejsze Triduum w moim życiu. Nigdy jeszcze nie byłem tak zmasakrowany. Przyjechałem do Łodzi na ostatnią chwilę, po całej masie rekolekcji i spotkań, wcale nie gotowy. Doszła jeszcze gorączka spowiedzi przedświątecznych i w końcu na Liturgię Wieczerzy Pańskiej wpadłem na minutę przed. Kiedy usiadłem na krzesełku przy ołtarzu, odetchnąłem i pomyślałem: teraz już będzie dobrze, teraz już będę z Panem Jezusem, teraz będą najlepsze dni w roku. Jasne. 

Zaczęło się bardzo szybko, bo zaraz po kazaniu. Jak zawsze obrzęd umywania nóg. Nasz łódzki przeor w tym roku zaprosił do tego obrzędu tych, którzy po prostu przyszli do nas na liturgię, nie było nikogo przygotowanego, z umytą i szorowaną wcześniej na połysk nogą - mógł podejść kto chciał, mężczyźni, kobiety, dowolnie. Nogi miały więc być niezbyt świeże, niegotowe, zawstydzone, śmierdzące. Zupełnie jak moje. Wystawiliśmy dwanaście krzeseł. Było trochę niepewności i zmieszania, ale w końcu chętni zaczęli się pojawiać i zajmować krzesła, na koniec zostały wolne dwa, po kolejnych namowach jedno i kiedy zaczęło się już obmywanie, to jedno zostało puste. Coś we mnie wołało: idź. Nigdy jeszcze nie umywano mi nóg w Wielki Czwartek, więc długo nie dałem się prosić temu głosowi, wstałem i poszedłem. To jedno wolne miejsce było na samym końcu, dokładnie po przeciwnej stronie kaplicy. Serce zaczęło mi niezwykle mocno bić, jakby wiedziało, że stanie się coś niezwykłego, coś nadzwyczajnego. I stało się. Kiedy byłem w połowie kaplicy jakaś kobieta siedząca nieopodal pustego miejsca, wstała i zajęła je. Nie było już wolnego krzesła. Nie miałem dokąd iść. Nie było dla mnie miejsca. Stanąłem jak wryty i po chwili zmieszania wróciłem przez pół kaplicy na swoje miejsce. Usiadłem i usłyszałem znajomy głos, którego do cna nie cierpię, którego tyle razy wyrzucałem z głowy i serca: widzisz, nawet On ma cię w dupie, nawet On cię nie chce. Przy tym stole nie ma dla ciebie miejsca. 

Potem było już tylko gorzej, jakby ktoś zrzucił na mnie w Wielki Piątek i Sobotę odrzucenie całego świata, wołanie o miłość całego świata, poczucie osamotnienia każdego człowieka na ziemi, który jest przekonany, że Boga nie ma, że Bóg umarł, a jeśli jest, to ma nas w głębokim poważaniu. Kulminacja była dzisiaj rano. Po śniadaniu jechałem na dół windą z o. Markiem - czekała na mnie kolejka do spowiedzi. Marek nie wiadomo dlaczego miał ze sobą olejek nardowy, który dostał od sióstr z Jerozolimy, które tym olejkiem namaszczają płytę nagrobną w Bazylice Grobu Pańskiego. Dla żartu trochę mnie pokropił tym nardem i powiedział: „będziesz teraz pachniał jak grób na tych spowiedziach”. No i pachniałem, niektórzy - szczególnie ci, których ściskałem - aż dziwnie na mnie spoglądali. Przez godziny spowiedzi docierało do mnie, że nie tylko On mnie nie chce, ale jestem jak grób, z którego On już wyszedł, w którym Go nie ma. Znajomy głos mówił: On sobie już poszedł, On cię zostawił, a ty będziesz w tym grobie na zawsze. Jesteś śmierdzącym grobem, śmierdzącym jak ta twoja nieumyta noga. 

I tak siedzę w tym grobie. W grobie gdzie Jego nie ma. Mówią, że On już z tego grobu poszedł, że zmartwychwstał, zresztą byłem tam w Jerozolimie sprawdzić - rzeczywiście Go nie ma. Czyli jestem tam, gdzie Jego już nie ma. Boga nie ma. Ale będę tu siedział w tym moim grobie. I będę czekał. Może przyjdzie. Może po mnie wróci. 

Jeśli Twoje święta są podobne, jeśli również jesteś jeszcze w grobie, to rozejrzyj się - siedzę pod ścianą, po lewej - jeśli nie widzisz idź za zapachem nardowym, bo pachnę jak grób - nie jesteś tu sama, nie jesteś tu sam. Chodź przysiądź się do mnie i będziemy czekać. Może przyjdzie. Może po nas wróci. Będziemy siedzieć jakby co. I wyjdziemy z Nim.