Dwa policzki miłości

2016-05-12

Gdzieś nad Turcją. Cztery godziny temu wyleciałem z Dubaju, gdzie spędziłem noc po przylocie z Bangkoku, czyli w sumie częściej można mnie ostatnio spotkać na wysokości 10.000 metrów niż na trawie. W uszach Tom Odell, a w żyłach czwarta, mętna i lurowata samolotowa kawa. I strasznie chce mi się płakać. Nie wiem jeszcze czy ze szczęścia czy ze smutku. 

To była jedna z tych nocy. Nocy, które przydarzają mi się co jakiś czas, ostatnio coraz częściej. Po wylądowaniu z Tajlandii zjadłem świetną libańską kolację z cudowną polską rodziną, która zgarnęła mnie z lotniska. Przed północą odwieźli mnie do dubajskiej Mariny, do mieszkania Kasi, która na kilka dni poleciała do Iranu w jakichś biznesowych sprawach i zostawiła mi swoje mieszkanie na tę jedną noc. Musiałem wyglądać na mocno sfatygowanego i podejrzanego, bo portier nie bardzo chciał uwierzyć, że wszedłem w posiadanie kluczy w jakikolwiek inny sposób poza rozbojem. Dwudzieste piętro lśniącego szkłem i stalą wieżowca. Narożna sypialnia z oknami od podłogi do sufitu z widokiem na rozświetlony las drapaczy chmur pośrodku pustyni. Obok łóżka znalazłem sfatygowany pilot nie wiadomo od czego - wcisnąłem oczywiście z ciekawości play (zawsze wciskajcie play w bliżej niezidentyfikowanych pilotach)  i spod jakiejś szafki rozległy się przytłumione dźwięki jakiegoś francuskiego barda, którego już gdzieś słyszałem, ale nie mam pojęcia jak się nazywa. I wtedy się zaczęło. To znaczy zaczęło się już w samolocie z Bangkoku, ale było mocno trzymane w garści, żeby nie pokazać nikomu. To jest taka tęsknota, która jest jednocześnie szczęściem nieposiadania upragnionego, ale jednocześnie smutkiem świadomości, że zdobyte okaże się nie tym, czym udawało, że jest. To tęsknota, która gna z całych sił do Niego, do nieba, do tego, żeby już było po, ale jednocześnie syci się tym co tu, bo wie, że nie potrzebuje niczego więcej poza tym, co już jest. To pamięć wracających ciemnych plam przeszłości, które na chwilę straszą, że znów wylezą z cienia i jednoczesna kojąca świadomość, że to tylko strachy i ulotne zjawy, że to wszystko wzięte w Dłonie, które ucałowały i nie wypuszczą w ciemność już nigdy. To chęć, żeby w tej sypialni zostać już na zawsze i nigdzie się więcej nie ruszać, bo nigdzie nie ma nic bardziej satysfakcjonującego i jednoczesna pożerająca gorączka, żeby natychmiast ruszyć dalej, zdobywać, poznawać, chłonąć, pożerać i nasycać się. To chęć bycia z ludźmi, z którymi spędziło się ostatni tydzień, pragnienie pozostania częścią ich życia, bycia ważnym, uczestniczącym i jednocześnie poczucie wolności, że wszędzie będą obecni, że kiedy zobaczymy się za rok albo dziesięć lat, będzie tak, jakby to było tylko jutro. I to ogromne pragnienie płaczu, który chce się wydobyć ze wszystkich sił, w każdy możliwy sposób, który nie jest jednak żadną wewnętrzną ucieczką do niewiadomo czego. To płacz, który jest jednocześnie płaczem ze szczęścia i smutku, bo szczęście i smutek to tylko dwa policzki miłości, która może wypełniać tak bardzo, że jedynym ratunkiem jest śmierć, która wreszcie pozwoli jej się wyrwać ku pełni.

Obok mnie, na trzech wolnych fotelach, śpi młoda hiszpanka, która niczego nieświadoma, przez sen ułożyła głowę na moich kolanach i lekko pochrapuje. Pewnie kiedy obudzi się w Barcelonie spojrzy na mnie zdziwiona i zmieszana - uspokoją ją na szczęście łzy w moich oczach. Nie wiadomo tylko czy to ze szczęścia czy ze smutku.