Niebiańskie makarony

2016-03-11

Włoska Cervia. Wstaliśmy dziś o 10.oo, wreszcie się trochę wyspałem. Szybkie, bardzo mocne espresso i w samochód, bo Wojtek chciał mi pokazać okolicę. Typowa nadmorska miejscowość wypoczynkowa, z ekskluzywną dzielnicą dla bogatych, z hotelami, które okupują Rosjanie. Mimo, że na termometrze dwa stopnie powyżej zera i pada deszcz na ulicy spotykamy piękne, nieskończenie nieszczęśliwe Rosjanki w dwu centymetrowych sukienkach, z gołymi nogami, na szpilkach. Nie chcą po prostu pakować serca, żeby było na wierzchu, gdyby ktoś chciał wziąć. Pewnie nikt nie weźmie. 

Zajeżdżamy do filialnego kościoła, gdzie Wojtek dwa razy w tygodniu odprawia mszę. W ołtarzu duże zdjęcie młodego chłopaka, siedzącego na masce sportowego samochodu, który zginął za młodu i uchodzi za miejscowego świętego. Matka Boża oczywiście podświetlona niebieską jarzeniówką. Na przeciwko kościółka bar, czyli główne miejsce ewangelizacji Wojtka. Wszyscy go znają, witają się, uśmiechają. Do kościoła oczywiście nie chodzą. Wojtek kreśli im po posiłku krzyżyki na czole i święci stoły do dziwnej gry. W zeszłym roku wygrali zawody i nosili go na rękach, bo dobrze pobłogosławił, w tym roku marudzą, bo niezbyt dobrze im idzie, więc pewnie się nie postarał. 

Makarony mają niebiańskie. Może właśnie dzięki nim pójdą do nieba? Pan Bóg raczej się tym smakom nie oprze.