Niewolnicy czasu

2016-09-16

Dzisiaj rano w parku na wybrzeżu Brooklynu z cudnym widokiem na Manhattan umówiłem się z pewną parą na spotkanie. Chcieli się bardzo spotkać, a miałem jedynie chwilę przerwy  i wiedząc, że będę przechodził obok tego parku, poprosiłem, żeby przynieśli kawę i jakieś śniadanie i że będziemy mogli trochę usiąść i porozmawiać. Zaskoczyli mnie niesamowicie, kiedy po przyjściu, sporo spóźniony, zobaczyłem cały stół zastawiony przepysznymi smakołykami: serami, bagietkami, oliwkami, hummusem, wędzonymi rybami, kawą, sokami i mnóstwem innych cudowności. Czas przestał gonić, następne spotkania mogą poczekać i nie chodzi oczywiście o jedzenie, ale o przestrzeń spotkania. I przypomniał mi się tekst, który napisałem kilka lat temu w dzienniku. Już za kilka dni, kiedy skończę ostatnie rekolekcje i zobowiązania, wreszcie będzie mógł się spełnić. Wreszcie. A napisałem sobie wtedy tak:

Znalazłem w jakiejś lekturze taki fragment z XIV-wiecznego franciszkanina: Czy kupiec ma prawo przy pewnego rodzaju transakcjach domagać się większej zapłaty od tego, kto nie może uregulować należności natychmiast, niż od tego, który może to zrobić? Odpowiedź brzmi: nie, ponieważ czyniąc tak, sprzedawałby czas i dopuszczał się lichwy, sprzedając to, co doń nie należy.

Dzisiaj czas to pieniądz, te dwie rzeczywistości zostały całkiem połączone i trudno sobie wyobrazić życie bez tego połączenia. Pracujemy od 8 do 16. Mamy kalendarze, które jak pan niewolnikowi dokładnie wyznaczają nam zadania - mój świat bez kalendarza by się rozpadł, mam zaplanowane zajęcia na trzy lata do przodu! Jestem niewolnikiem! Używamy wyrażenia czas wolny - bardzo rzadki i niezmiernie wyczekiwany - a to oznacza, że większość naszego czasu to czas niewolny. Wszystko w świecie dzieje się pod dyktando zegarka, jesteśmy niewolnikami czasu! A ten średniowieczny mnich mówi, że czas do nas nie należy, że nie jest naszą własnością, czyli jest czymś co zostało nam dane, czyli nie można z tego czerpać korzyści majątkowych, bo to kradzież! Kiedyś pracowało się tyle, ile było trzeba, żeby zrobić to, co się robiło. Teraz pracuje się tyle, ile wyznacza nam władca czas. 

Mam ogromną ochotę zrezygnować z czasu, żyć tak, żeby nigdzie się nie spieszyć, żeby spotkania odbywały się wtedy, kiedy się odbędą. Słyszałem kiedyś o jakiejś wspólnocie charyzmatycznej, która notorycznie spóźniała się na Eucharystię - zaczynała się zazwyczaj 20-30 minut po ustalonej godzinie. We wspólnocie było dużo rodzin z małymi dziećmi i tłumaczyli, że to przez nie zawsze są te spóźnienia. Kiedy duszpasterz w końcu nie wytrzymał i zagroził, że będzie odprawiał Mszę św. o wyznaczonej godzinie, na nikogo nie czekając, ktoś ze wspólnoty zacytował mu fragment z mszału, gdzie jest napisane, że „Eucharystia rozpoczyna się po zgromadzeniu się wiernych” - będziemy więc czekać, aż zgromadzą się wierni. 

Chciałbym iść przez świat i spotykać ludzi, bez żadnego planu i harmonogramu, bez dat, pod którymi trzeba się gdzieś znaleźć, być u nich tak długo, jak będzie trzeba albo można, a potem pójść dalej. Mieć czas na oglądanie życia i świata. Czytałem kiedyś w pamiętnikach Joe’ego Ortona, że lubił przychodzić na spotkania dużo za wcześnie, żeby móc się powłóczyć po okolicy, zanim zapuka do drzwi. Chciałbym umawiać się z ludźmi nie o konkretnej, na przykład 16 godzinie, między 14 a 17 na przykład i mieć czas na wszystko, co wydarzy się po drodze albo spędzić go pogodnie czekając na przyjście umówionego przyjaciela. 

Wyzwolić się spod pręgierza terminów i dat. To całkowicie rozregulowałoby życie i wydarzenia, ale właśnie o to chodzi. Rozpoczynać spotkania rekolekcyjne kiedy zbiorą się ludzie, przyjechać do jakiejś miejscowości pod koniec lipca albo na początku sierpnia, jak będę to będę. Umówić się na spowiedź w piątek i cały dzień czekać aż ktoś przyjdzie, o tej godzinie, o której będzie chciał. Wyrzucić ten cholerny zegarek!

Czas to nie pieniądz. Czas to przestrzeń na miłość.