Najpierw był sen

Ten sen śniła kobieta. W śnie był pies. Chyba niezbyt rasowy, kundel, łaciaty, trochę biały, trochę czarny. I ten pies biegł przez świat. Przemierzał go wzdłuż i wszerz. W pysku trzymał płonącą pochodnię, a świat, który zostawał za merdającym ogonem psa, cały płonął. Ta kobieta miała na imię Joanna. Ten pies, o którym śniła, miał na imię Dominik. Był jej synem. A sen przydarzył się Joannie, gdy nosiła go w łonie. Wiedziała więc, jak się to wszystko skończy. I rzeczywiście tak się stało. Jej pies pobiegł w świat. Z pochodnią.

 

 

Potem było współczucie

Pewnego razu Dominik podczas podróży zatrzymał się w karczmie, gdzie spotkał zagubionego w wierze człowieka. Rozmawiał z nim całą noc. A jak to bywa w karczmie, jedli, rozmawiali, jedli i znowu rozmawiali, a potem pewnie znowu jedli. I człowiek ten odnalazł Boga. Wtedy w Dominiku rozbudziło się wielkie współczucie: iluż takich ludzi jest przecież na świecie! Wiedział, że nie może tego tak zostawić, że nie może czekać aż sami przyjdą, że musi do nich pójść. Nocami więc krzyczał do Boga w ich imieniu, pełen współczucia i łez, a w dzień chodził od wioski do wioski, od karczmy do karczmy, od domu do domu i zapalał. Płonęło. I to jak! Bo w końcu miłość tak właśnie płonie.

 

I wtedy powstali Bracia Kaznodzieje

Podczas modlitwy Dominik zobaczył św. Piotra i św. Pawła. Piotr dał mu do ręki kij wędrowca, Paweł zaś podarował mu Ewangelię. I tak go posłali, tak już całkiem oficjalnie. Niedługo potem do Dominika zaczęli dołączać inni. On rozsyłał ich po świecie, mówiąc: „Ziarno rozsypane wydaje owoc, ale gdy się je gromadzi w jednym miejscu, gnije”. I bracia szli.

 

 

Potem było jeszcze bardzo wiele rzeczy. Prawda. Wolność. Braterstwo. Ubóstwo. Demokracja. Studia. Za dużo, żeby o tym opowiedzieć. Jeśli chcesz więcej, zajrzyj tu: www.dominikanie.pl.

Najważniejsze jest to, że bracia poszli. I zapalają.

Stąd się wziąłem.