Prosektoryjna lampa

2016-09-16

 

Mógłbym napisać gdzie jestem, ale nie ma to w sumie żadnego znaczenia. Smutek jest wszędzie taki sam. I nadzieja, która próbuje się przebić przez jego grube, puchowe warstwy też wszędzie taka sama. Tak samo bezbronna i głupia. Siedzę w jakiejś przydrożnej knajpce, gdzie zatrzymałem się na obiad, strasznie chciało mi się jeść. Jak można się było spodziewać po wyglądzie miejsca - choć nadzieja oszukiwała, że będzie inaczej - jedzenie jest skrajnie beznadziejne. Przetłuszczone, przypalone i odgrzewane jakieś trzysta razy, z sosem, który mógłby grać olej napędowy w jakimś marnym filmie klasy D. Tylko surówka z marchewki jest dobra, w końcu trudno ją popsuć. Przy stoliku obok siedzi dwudziesto kilku letnia dziewczyna w białym sweterku z naszytymi brązowymi łatami na łokciach i trochę chyba starszy od niej chłopak, ciemnej karnacji ze świetliście jarzącymi się w półmroku białymi oczami. Jedzą na spółkę, trochę od niechcenia, sałatkę z kurczakiem. Chyba, że coś innego wygląda jak kurczak, a w tej knajpie wszystko może wyglądać jak wszystko. Między kęsami zapadają się w siebie, patrząc ślepym wzrokiem w telefony, które oświetlają ich twarze jak lampy w prosektorium. Chyba są bardziej martwi od kurczaka na ich talerzach. i od mojego mięsa dławiącego się w smole. Biorę moje tragiczne, niezidentyfikowane danie i pytam czy mogę się do nich przysiąść. Podnoszą wzrok, nie są zbyt zdziwieni. Pewnie przyzwyczaili się już do psychopatów. Pytam czy możemy razem poumierać przy jednym stoliku, obiecując, że nie będę dużo gadał. A może nawet wcale. Kiwają głowami na zgodę i wracają do swoich prosektoryjnych lamp, dokładnie i szczegółowo oświetlając nimi swoje twarze, jakby w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów życia na obcej planecie. Biorę na widelec kawałek rozwalcowanego mięsa umoczonego w smole i łamiąc obietnicę, zadaję jednak pytanie. Potem drugie, i potem jeszcze jedno. Prosektoryjne lampy lekko gasną. 

W końcu do Szeolu poszedł po Adama i Ewę. Może po nas też przyjdzie?