Stara dama i mahoniowy chłopiec

2016-02-19

Znowu Londyn. Znowu wydawało mi się, że będzie nieprzekonująco, ale o dziwo  miasto nabrało wreszcie jakiegoś nowego kolorytu, który po długim ukrywaniu otwiera się przede mną. Londyn jest jak pewien rodzaj kobiet, które przez kilka pierwszych spotkań wydają się nijakie, powierzchowne, sztampowe i do bólu przewidywalnie nowoczesne, czyli po prostu puste, ale po kilku randkach, po których ma się przekonanie, że to już ostatnie, po zniechęceniu i rozczarowaniu podsycanym jednak jakąś niewiadomą, nagle odkrywa się pod tą nużącą fasadą, zupełnie inną, fascynującą krainę. Wystraszoną i chowającą się pod krzykliwym makijażem piękną dziewczynę, która boi się zranienia, więc udaje silną i nowoczesną. Właśnie taką - pewnie szóstą - randkę mam z Londynem i wreszcie ta brytyjska dziewczyna wychodzi z ukrycia. 

Siedzę w kawiarni niedaleko stacji Paddington. Niby zwykła brytyjska sieciówkowa kawodajnia, ale z jakichś niewiadomych - przynajmniej dla mnie - powodów wypełniona jest Włochami, Albańczykami i innej maści Libańczykami. Skórzane wytarte kanapy, udające antyki niskie stoliczki, przybrudzone szyby, czarno-biała kostka na podłodze i gwarny pogłos śpiewnych języków lekko orientalnych twarzy tworzą lekko nierzeczywistą atmosferę, potęgowaną kontrastem zewnętrznego, do bólu, brytyjskiego świata. 

Czytałem gdzieś ostatnio, że Londyn stał się teraz najciekawszym - pod kulturalnym, finansowym, politycznym, etnicznym i każdym innym względem - miastem świata, że wyprzedził wszystkie Nowe Jorki, Szanghaje i Paryże. I zaczynam mieć przekonanie, że tak rzeczywiście może być. Zza szyby, od stolików wystawionych na chodniku, patrzą na mnie dwie osoby. Jedna to starsza, niezwykle pomarszczona na twarzy na oko siedemdziesięcioletnia kobieta, która z wielką gracją, delikatnie pochłania czekoladowe ciastko, przeplatając jego smak cieniutkim papierosem. Ma lekko zamglone spojrzenie, którym powolnie dotyka wszystkiego dookoła, jakby nie spodziewając się niczego nowego, mogącego ją zaskoczyć. Przychodzi tu pewnie od osiemdziesięciu już lat. Drugi jest mały brytyjsko-albański chłopczyk z mahoniową, ale naznaczona delikatnymi piegami karnacją. Cały czas przykleja nos do szyby śledząc wszystko co robię. Nie jest stąd, choć na pewno będzie i kiedyś właśnie takich jak on będą kojarzyć z typowymi Brytyjczykami. Taki właśnie jest Londyn, jednocześnie stary, znajomy, zasiedziały w swojej charakterystycznej atmosferze, jak stara, trochę nieżyciowa, ale elegancka dama i jednocześnie młody, zadziwiony wymieszany wszystkimi smakami świata dzieciak, który kreuje się zupełnie na nowo, sam nie wiedząc co z niego będzie. 

W jakimś sensie, którego do końca nie umiem wyrazić, właśnie takie będzie niebo. Jak stara dama, bo Bóg niczego nie niszczy i jednocześnie jak orientalny chłopiec wrzucony w nowy świat. Tylko szyby już nie będzie. Na szczęście.