Weźcie sznury

2016-10-09

Niedziela. Spotkałem dziś dwie siostry kalkutanki. Białe sari, jak białe chustki, które spadły z nieba aniołom, żeby choć trochę wytrzeć ten świat z brudów zła. Chwilę porozmawialiśmy, pobłogosławiliśmy się i poszliśmy w swoje kierunki świata. I przypomniała mi się od razu inna niedziela, z Łodzi, sprzed dwóch lat:

Najpierw wezwanie do szpitala, do pana Zbigniewa na oddział paliatywny. Żeby tam wejść trzeba przejść przez Nefrologię, gdzie na erce pracuje młodziutka pielęgniarka, która zawsze zwraca moją uwagę. Widzę ją już któryś raz z rzędu. Malutka, energiczna, zawsze promiennie uśmiechnięta. Wyczuwam w niej bliską duszę. Zawsze się cieszy kiedy mnie widzi, choć nie zamieniliśmy ani słowa poza „Szczęść Boże”. Dobrze, że tam jest, że śmieje się do tych ludzi. Bóg mieszka w tym uśmiechu, w jej posuwistych zgięciach kolan i wulkanicznej energii. On jest taki jak ona.

Na paliatywnym oczywiście bardzo cicho, jakby ludzie chodzili na palcach z obawy przed obudzeniem do ponownego życia umierających bliskich. Jakby się bali, że mogliby wstać i wrócić. Lepiej niech już odejdą. Pan Zbigniew w ostatniej fazie agonii. Oczy zasnute mleczną mgłą, spierzchnięte wargi i skóra jakby wsysana do wnętrza głowy. Zawsze się boję czy w modlitwie odczytywać formułę za umierających czy wybrać jeszcze tę z nadzieją na uzdrowienie, ale kiedy kładę rękę na czoło chorego od razu wiem, którą odmówić. Kiedy się modlę pan Zbigniew reaguje na dotyk i słowa modlitwy, jakby wiedział dokładnie co się dzieje - choć kontakt z nim jest znikomy, jego ciało doskonale rozpoznaje Kto do niego przychodzi, poruszane niewidzialnie przez duszę. Namaszczam go i odmawiam bardzo piękną modlitwę o Chrystusie oddającym życie za niego. Właśnie za niego. Kiedy umierał na krzyżu musiał widzieć jego twarz, wpatrywał się w nią, utożsamiał się z nią i w jej imieniu, razem z nią powierzał jej i swojego ducha Ojcu. Daj mu Panie jak najszybciej stanąć przed Tobą twarzą w twarz. 

Po południu msza u Sióstr Kalkutanek. Ich dom to wyremontowane stare przedszkole, kaplica w jednej z dawnych klas. Jakaś setka bezdomnych i ubogich. Bardzo lubię na nich patrzeć, jest coś cudownego w połączeniu zniekształconych chorobami, alkoholem i przemocą twarzach z jednoczesną próbą zachowania jakiejś elegancji, w końcu na mszę trzeba się wyszykować. Jakieś stare garnitury z odzysku, zaczesane na ślinę włosy nie obcinane od miesięcy, tandetne kolczyki noszone z dumą, buty z cekinami, żeby tylko się coś świeciło. Panu Jezusowi musi się to bardzo podobać. Piękni są. Strasznie fałszują, ale śpiewają ile wlezie i cały czas mówią siostrze grającej na keyboardzie, że tonacja jest ok i że pamiętają słowa jeszcze z dzieciństwa. Przy udzielaniu Komunii myślę o drobniutkim, białym, niewinnych chlebie, który wnika w ich zdeformowane i często zdeprawowane ciała. To jest dopiero Komunia dwóch światów, z których On czyni jedno, bo zburzył mur wrogości. Niesłychane. 

I wielkie ukłony dla Sióstr Misjonarek Miłości - mam nadzieję, że wybłagacie mi kiedyś zbawienie, bo na pewno będziecie przy tronie Pana w pierwszych rzędach, a mnie trzeba będzie wołami o niebiańskiej sile z piekła wyrywać. Pamiętajcie, żeby zabrać sznury.