Jezus za barem

2016-02-17

Autobus z Cork do Galway w środku dnia. Może dlatego prawie zupełnie pusty, jakieś sześć, w porywach siedem osób, w tym jedna azjatycka para staruszków, którzy trochę są, trochę nie są, jakby nie do końca pewni, jak to Azjaci. Ciemnostalowe niebo sprawia, że mijane pola, pełne normalnie zielonej trawy, wyglądają jak pokryte srebrną śniedzią. Świat zrobił się trochę matowy. W głowie ciągle siedzą mi ludzie z Cork, z którymi spędziłem ostatnie trzy dni. Żywiołowa i energiczna pani doktor, która zorganizowała te rekolekcje, roześmiane buzie czarująco wierzących Polaków na niedzielnym śniadaniu, gdzie w jednym pokoju, przy dwóch stołach siedziało ich - w odczuciu - prawie siedemdziesięciu, czyli pewnie z dwudziestu i chyba najwyraziściej obecna w moich myślach, zabarwiona niskim, zachrypniętym głosem menadżerka dwóch pubów, Justyna. Wczoraj do późna w nocy rozmawialiśmy w The Hub, kameralnym, cudownie klimatycznym pubie wyposażonym w chyba wszystkie piwa świata, w którym z okazji niedzieli sama stała za barem. Ciągle widzę jej sposób bycia z klientami, jasne oczy, które każdego obdarzają zachwytem i ciepłem, głos, który nikomu nie pozwala ukryć się w cieniu, dłonie, które nalewają piwo - zupełnie na poważnie - z całą miłością, jaką można znaleźć w Irlandii. Gdyby Jezus stał za barem i nalewał ludziom piwo, właśnie tak by wyglądał. Tak będzie w niebie.