Królowie szos

2016-02-17

Siedzę na lotnisku w katowickich Pyrzowicach. Czekam na samolot do Coventry, gdzie jutro zaczynam rekolekcje w polskiej parafii św. Stanisława Kostki. Samolot jest opóźniony o jakąś godzinę. Trochę się nudzę, ale generalnie rozpiera mnie duma. Z mojego taty. 

Wczoraj w nocy przyjechałem z Torunia do domu rodziców, do Myszkowa, położyłem się spać koło 4.00 wstałem o 7.00, zjadłem coś szybko i tato przywiózł mnie na lotnisko swoim polonezem. Kilka dni wcześniej zawadził o coś na wertepach i przedziurawił albo nawet całkiem urwał tłumik, więc silnik chodzi z warkotem i głośnością najlepszych samochodów wyścigowych. Albo czołgów. Generalnie straszna siara. Przez całą drogę wszyscy patrzyli na nas jak na zjawisko nie z tej ziemi. Pamiętam, że kiedyś w takich sytuacjach strasznie się wstydziłem, bo każdy patrzy wtedy z nie budzącą wątpliwości oceną w oczach: wieśniaki i buraki jadą. Dzisiaj zobaczyłem w tym coś niezwykłego. Kiedy krzyczeliśmy próbując zagłuszyć potworny ryk silnika, żeby cokolwiek usłyszeć z tego, co do siebie mówiliśmy, miałem wrażenie, że naprawdę jedziemy jakąś porządną, rajdową furą. Basowy pomruk silnika na luzie i lwi ryk przy dodawaniu gazu, lekceważące, oburzone albo potępiające oczy mijanych kierowców sprawiały mi ogromną radość, że jadę z tatą, który jest królem szos. Mam nadzieję, że kiedy za kilka dni wrócę i tato znów po mnie przyjedzie nie uda mu się jeszcze wymienić tego tłumika i znów będziemy królować między Pyrzowicami i Siewierzem. To byłby dobry film: „Szybcy i wściekli: Królowie Pyrzowic i Siewierza”. Niech się schowają Tokia, Paryże i Nowe Jorki: z drogi śledzie, Szustak z tatą przez Siewierz jedzie!