Londyn

2016-02-19

Londyn. Kawiarnia przy Edgware Road, jak wieża Babel. Nie ma chyba takiej narodowości, która nie miałaby tu reprezentanta. 

Na przejściu dla pieszych czarnoskóry, ogromnie wręcz wysoki, choć bardzo szczupły dżentelmen w eleganckim, przypuszczalnie absurdalnie drogim garniturze. Oczywiście granatowym, w delikatne paski. Wokół szyi powiewa mu żurawinowy szalik, z muślinu chyba, w lekko pomarańczowe kropeczki. Zza ciemnych, oczywiście granatowo oprawionych okularów wyłania się spojrzenie wołające o miłosierdzie, zakryte po brzegi zimnem niedostępności. Wydobądź go z tego garnituru Boże, bo on nie wyżyje dłużej tego skafandra. 

Za szybą miga energiczny dziadek, Brytyjczyk najprawdopodobniej, w okolicach siedemdziesiątki chyba, ulokowany na wściekle żółtych wrotkach. Nogawki podwinięte pod kolana z obowiązkową gumką-frotką chroniącą je przed opadnięciem. Zielony kask na jego głowie wygląda jak hełm astronauty gotowego do lotu tylko w jedną stronę, bez możliwości powrotu - w jego oczach widać podniecenie nowymi galaktykami, które będzie mu dane poznać i smutek sączący się ze świadomości, że swojego ulubionego fotela w salonie swojego ciasnego podlondyńskiego domu już nigdy nie zobaczy i nie zanurzy się w jego ciepłym wnętrzu. Nawet się nie spodziewa, że w niebie ten fotel będzie na niego już czekał, zagrzany przez Świętego Ducha bożej gościnności. 

Do kawiarni wchodzi mahoniowy Libańczyk w oślepiająco białym garniturze i szmacianych mokasynach, które można kupić za jakieś dwa funty, w promocji po dwie pary. Delikatny, czarny jak smoła wąsik nadaje mu nieco zawadiackiego, ale głównie niepoważnego wyglądu. Jakby się urwał z planu filmowego ze scenografią z lat dwudziestych, kręconego w Algierskim hotelu dla bogatych cudzoziemców. Jest w nim jakaś świeżość i nieskazitelność. Taki trochę Archanioł Rafał. 

Młoda, zakryta na wschodnią modłę, arabka, może z Iranu albo innego równie egzotycznego kraju pustyni, ropy i słońca. Ogromne, czarne oczy wyłaniające się z niewielkiej szczeliny między brzegami chusty. Wokół nich feeria kolorowych, złotych, srebrnych i bóg wie jakich jeszcze ozdób i świecidełek. W oczach albo raczej gdzieś daleko za nimi bezbrzeżne pragnienie wolności, skrzętnie skrywane, bo grozi śmiercią. Piękna w tych oczach jak księżniczka z opowieści tysiąca i jednej nocy. Gdzie jest ubogi, ale odważny książę, który ją wyratuje? Jezu dosiądź już rumaka i jedź, dobrze?

Przy stoliku obok, między dwoma młodymi biznesmenami, trochę wystraszona młoda sekretarka w eleganckim żakiecie, gorliwie notująca wszystko co ustalają poważni panowie. Pod stolikiem zupełnie fascynujące życie prowadzą jej stopy. Nieco przykrótka nogawka od żakietu, podniesiona do góry przez siedzącą pozycję odsłania nagą kostkę wyłaniającą się z zamszowych, brązowych pantofelków na niewysokim, ale wściekle srebrnym obcasie. Te kostki, to cały wszechświat: niespokojne, chcące się wydobyć, ale cieszące się towarzystwem srebra, dumne z osiągnięć właścicielki. Na pewno w niebie wołają na nią Kostka. Może jest siostrą naszego Stasia? A jeśli nie, to na pewno będą tam najbliższymi przyjaciółmi. Kostek i Kostka. Co za para!

Aleś ich nastwarzał!