Żeliwny grzejnik

2016-02-17

Czwarte piętro klasycznego peerelowskiego bloku. Nocuję u przemiłej rodziny, z trójką dzieci, z których dwoje starszych wyeksportowano do dziadków, żebym miał gdzie spać - została tylko z rodzicami najmniejsza, dwumiesięczna, śliczna jak arabska księżniczka, Estera. Łazienka wielkości dużego słoika po ogórkach, koniecznie kwaszonych. Na dwóch metrach kwadratowych wanna, muszla klozetowa, umywalka, pralka i miejsce do stania na jednej nodze. Na ścianie, przy której stoi wanna, wielki, zawieszony na wysokości bioder żeliwny grzejnik, który podczas próby mycia parzy niemiłosiernie przy każdym zetknięciu ze skórą. Ten grzejnik jest jak Bóg, nie sposób się do Niego zbliżyć i nie sposób bez Niego żyć. Chcę, żeby mnie sparzył jak najmocniej, ale boję się bólu. 

Za oknem pogrążone w nocy osiedlowe podwórko. Przy międzyblokowej drodze palą się tylko niektóre latarnie, bez żadnego schematu. Z ciemności wydobywają się tylko pojedyncze wyspy światła. Jak w mojej duszy. Bez ładu i składu. Pięknie jest, choć trochę straszno.